MOJA HISTORIA

Zapraszamy do przesylania swoich historii, na adres mojanerwicanatrectw@gmail.com


Wikipedia: Nerwica Natręctw to zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne, ZOK (zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, nerwica natręctw, zespół anankastyczny; ang. obsessive-compulsive disorder, OCD) – zaburzenie psychiczne z grupy zaburzeń lękowych charakteryzujace się występowaniem u chorego natrętnych (obsesyjnych) mysli oraz/lub zachowań przymusowych (kompulsyjnych). W ICD-10 zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne klasyfikuje się jako F42; oznaczenie jako F42.0 oznacza ZOK z przewaga mysli obsesyjnych, a F42.1 z przewaga czynnosci natrętnych (rytuałów)

Historia Marleny


Nerwica lękowa


Nazywam się Marlena. Z nerwicą lękową walczę już 5 lat. Wszystko zaczęło się w 1 gim. To ok. 2008 rok. Niestety nie mogę zdradzić publicznie co jest u mnie powodem tej choroby. Początki choroby były jeszcze do zniesienia, płaczliwość, nerwy, ale później było znacznie gorzej, kołatania serca, utrata przytomności, zaburzenia świadomości, różnego rodzaju bóle, lęki, przede wszystkim lęki, które nie dają spokoju. Człowiek z tą dolegliwością może bać się wszystkiego, od rosnących kwiatów w ogrodzie poprzez ciemność po zjawiska atmosferyczne. Nie wszyscy ludzie boją się tego samego, Większość boi się śmierci, Ja natomiast bardzo boję się burzy, śmierci bliskich, pszczół, os.

Leki

Na początku brałam, nie pamiętam wszystkich nazw, bo było ich sporo, ale przestałam brać, bo przestały one na mnie działać.  Później zaczęłam dawać radę sama, bez leków, Nie możliwe? Otóż jestem żywym przykładem, ze jest to możliwe, Wystarczy mocno uwierzyć w siebie, nie poddawać się chorobie, odstawić nerwice na bok i żyć z uśmiechem na twarzy. W taki sposób pozbyłam się nerwicy na pół roku, ale, to wróciło, mimo iż nadal nie biorę leków daję radę, mimo iż jest mi bardzo ciężko.

Alkohol i narkotyki

Alkohol dla mnie nie jest jeszcze najgorszy, ale następny dzień po piciu jest bardzo zły, nie chodzi mi o samego kaca, ale o bóle głowy, czasami wymioty, wtedy wmawiamy sobie, ze jesteśmy chorzy i nie wiadomo na co, że zaraz umrzemy, boimy się, nakręcamy siebie i jeszcze innych, Ludzie przestają nas lubić, bo twierdzą, ze wiecznie coś nam jest, wiecznie jesteśmy chorzy, i ciągle marudzimy i narzekamy. Mało ludzi jest wyrozumiałych, naprawdę mało. Jeśli chodzi o narkotyki (amfetamina) jest gorzej niż po alkoholu. Wstrętne myśli, ze zaraz coś się stanie, umrze nam ukochana osoba, że serce bije nam trochę szybciej, lekko boli i już myślimy, że to zawał, boimy się śmierci, nie śpimy całą noc, pocimy się, pojawiają się duszności i zawroty głowy, nie wiadomo co ze sobą zrobić, Mi przestaje pracować żołądek, źle się czuję, bo nie jem kilka dni, ale jestem kobietą, więc cieszę się z tego powodu, bo tracę na wadze.

Noc chorego na nerwicę.

Najczęściej w nocy pojawiają się ataki chorego na nerwicę lękową. Jak to wygląda? Albo wcale nie mogę zasnąć, albo budzę się w środku nocy z myślami, ze zaraz ktoś przyjdzie i zabije mnie lub mojego narzeczonego. Siadam na łóżku i nasłuchuję, czy nikogo nie ma. Wiadomo, że za oknem zawsze coś słychać, już myślę, ze ktoś po mnie idzie, zaczynam się dusić, paniczny strach, panika, krzyczę i płaczę, nikt mnie nie może uspokoić, udaje się to po dłuższym czasie. Reszta nocy to myśli, je jestem obciążaniem dla innych, że przeze mnie nikt nie śpi. Inne noce to myśli, ze przeze mnie są wojny i głód, że przeze mnie coś się danego dnia stało, takie noce to najłagodniejsze ataki. Najgorsze są w tedy, gdy czujemy ból, którego naprawdę nie ma, jest on silny, np. ból w klatce piersiowej, wpadam w panikę, i dzwonię po karetkę. Jest mi ze wszystkim bardzo ciężko, widzę, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę, mimo tego, że o nerwicy wiedzą tylko mój narzeczony, mój lekarz, i może jeszcze jedna czy dwie osoby. Nawet moi rodzice o tym nie wiedzą, a mieszkałam z nimi pięć lat, od kilu miesięcy z nimi nie mieszkam,  ukrywam to, i ludzie mają mnie za idiotkę, albo sami się boją podczas gdy ja mam przedziwne ataki.

Inne dni

Bywa, że przez kilka dni jest wszystko okej, ale czasami jest tak ze boję się iść przez miasto, bo mam wrażenie że ktoś się na mnie gapi i za mną łazi, że chce mnie zabić, albo zgwałcić, boję się policjanta, który idzie chodnikiem, bo może mnie za coś aresztować (wkręcam sobie jakiś powód aresztowania) boję się jadącej karetki, wiele różnych rzeczy.

Podsumowując

Choroba jest ciężka, ale da się z nią żyć, nawet bez leków i psychoterapii, wystarczy w siebie bardzo mocno wierzyć, a na pewno da się pokonać chorobę,jest to naprawdę trudne, ale do zrealizowania. Mam nadzieję, ze zwykli zdrowi ludzie, zaczną być wyrozumiali dla tych, którzy cierpią na nerwicę lękową, uwierzcie nam jest naprawdę ciężko, szczególnie, ze dla was zwykły życiowy problem typu kłótnia z kolegą dla nas jest problemem ogromnym, czasami nie dajemy sobie z nim rady i potrzebujemy pomocy od innych. Jeśli wiecie, że ktoś choruje na taką chorobę, nie narażajcie go na żaden zbędny stres, nie nakręcajcie go ani nie śmiejcie się z niego, bo ten ktoś może się przez to bardzo źle czuć, a nawet stracić przytomność,to jest niebezpieczne. Dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że chociaż trochę przybliżyłam wam życie, człowieka z nerwicą, choć jest to tylko jedna malutka jego część.


Historia Pana Gruszki w formie literackiej


Wróciłem na stare smiecie, czuję się zupełnie jakbym przeszedł z realizmu naiwnego do realizmu krytycznego. Jestem na działce, patrzę w słońce, pełen nie spozytej energii, blokowany przez splot nieszczęsnych wydarzeń kształtujacych mnie we wczesnym dzieciństwie. Cały sekret tkwi w tym by w pełnej spokoju swiadomosci posłać energię w odpowiednim kierunku, niestety ja o tym nie wiem. Czuję, ze powinienem być doskonały, energię wykorzystuję na sprzatanie i układanie, jednakze zawsze wszystko mi się burzy, nie potrafię rozróznić waznosci poszczególnych rzeczy i w tym chorym układaniu boję się stracić kontrolę. Ten dzień wygladał tak : Obudziłem się z przeswiadczeniem, ze dzisiaj jest dzień przełomowy. Dzisiaj, powiem sobie jedno ze swoich magicznych słów: nevermind, nie ma znaczenia, stay hard, to gwarantuje szczęscie. Później będę wiecznie wyluzowany i będę robił swoje, ale dopiero po tym. Mam plan, gwarantowany sukces, denerwuję się trochę, ale tylko troszkę, zasadniczo jestem w euforii. Podnoszę się z łózka, idę do łazienki, myję zęby, twarz, przegladam się w lustrze, robię twarda minę, czyli znany rytuał, włosy mam trochę potargane, tak by wygladało, ze o nic nie dbam, chociaz wewnętrznie jestem ciagle spięty. Wychodzę z łazienki, spotykam innych domowników odpowiedzi na ich pytania dobieram zgrabnie, staram się mówić wyraźnie, przyjaźnie i bez emocji. Teraz pora na gimnastykę, chcę być w końcu doskonały duchowo i cielesnie. Na razie nic nie jem, przed ćwiczeniami wypijam najwyzej szklankę wody - nie gazowanej. Wykonuję wymachy rak i nóg, emituję walkę z wrogiem, pompki, brzuszki, nie za długo, byle wykonać plan, zbliza się czas, napięcie wzrasta, lecz spieszę się powoli. W tle gra IX symfonia Bethovena, wykonuję parę głębszych oddechów, kierujac powietrze z i do brzucha. Przechodzę się w kółko po pokoju, patrzę zadowolony w nastrajajace mnie błękitne niebo, lekko zdyszany i wilgotny na ciele, więcej z podniecenia niz ze zmęczenia staję dumnie w lekkim rozkroku, twarza zwrócona w kierunku pozytywnej rozchmurzonej częsci nieba ( w przeciwieństwie do negatywnej - zachmurzonej ) i odmawiam znany sobie magiczny monolog. Za mna grzmi „ Oda  do radosci „ : Nie ma znaczenia, pieprzę wszystko, jestem twardy, robię to co chcę robić, chociaz to tez nie ma znaczenia, obojętnie, - wznoszę dumnie i od nie chcenia do góry ramiona, zabawnie się usmiecham i mówię nevermind, niewazne i dorzucam na koniec : nie ma znaczenia i finał jestem szczęsliwy jestem w siódmym niebie, roskosz, umysłowy orgazm. Chcę być taki zawsze i kazdy mój następny krok uwaznie obserwuję, pragnę  by był taki doskonały jak ta chwila, doskonała w swoim nie znaczeniu, a tak naprawdę w swym przesadnym dla mnie znaczeniu.

Następnie zadowolony biorę prysznic , przygladam się w lustrze, myję jeszcze raz zęby, dbam o to by wygladać dobrze i tak się czuję. Ubieram się w swieze ciuchy i schodzę na sniadanie. Jajka, dobrze wysmazony bekon, goraca kawa utrzymuja mnie w przekonaniu o dobrze spędzonym poranku,( trochę w stylu amerykańskim ) Pakuję plecak i zegnam się z członkami rodziny, wkraczajac w nowe szczęsliwe zycie, uwazam na kazdy swój krok , by takie ono pozostało. Na dobry poczatek jadę do fryzjera obciać się na łyso, by upodobnić się do jednego z moich filmowych idoli. Ruch ludzi w autobusie leciutko wytraca mnie z równowagi. Przejmuję się tym by siedzieć w pozycji wyluzowanej i symetrycznej zarazem, rozgladam się na boki, lekko sciagajac brwi i usta, tak wygladam dobrze. Niestety zajmujac się twarza zapominam o tym, ze nerwowo sciskam dłonie, jednak orientuję się w czas i poprawiam jeszcze raz sylwetkę, to ciagłe poprawianie wywołuje w mej głowie coraz większe napięcie, zauwazywszy to w porę przypominam sobie zaklęcie : nie ma znaczenia. Ocknawszy się, zdazam tylko odprowadzić wzrokiem opuszczajaca autobus dziewczynę, która pokochałem od pierwszego ujrzenia.  Nachodzi mnie od razu fala wkurwienia i obwiniania się za to, ze nawet się do niej nie usmiechnałem tylko przez te pierdolone dwadziescia minut poprawiałem się jak idiota na krzesle.

Mam ochotę cofnać czas i naprawić cała sytuację, wkurwiam się na siebie za to, ze dałem się poniesć zamiast siedzieć na luzie na dupie. Cóz - myslę - było minęło -jednakze wysiadam na swoim przystanku lekko zdezorientowany. Dochodzę do miejsca przeznaczenia z nieprzyjemnym uczuciem, braku, z niejasnym wrazeniem, ze cos się kruszy. Myslę sobie, ze to niewazne, jednakze myslenie tylko pogłębia ten stan. Nie tracac do końca entuzjazmu wkraczam do salonu fryzjerskiego. Czekam na swoja kolei przegladajac kolorowe czasopisma, podoba mi się jedna fryzjerka zgrabna blondynka, druga jest zezowata. Czekam, przerzucam stronę za strona, tygodnika pełnego sensacyjnych plotek i zdjęć gwiazd hollywood’u, lubię patrzeć na ładne obrazki, kobiety, samochody- to traktuję pozytywnie, jednak jest tu tez parę zdjęć na które nie mam ochoty patrzeć, obawiam się ich, obawiam się brzydoty, choroby, zgnilizny. Nieszczęsliwie się złozyło, ze przerzuciłem stronę patrzac na tęga kobietę na zdjęciu, przestraszyłem się, przestraszyłem się, ze ten wizerunek grubego babsztyla zawazy na moim zyciu, był on niczym ropny wrzód w sercu mej tworzacej się arkadii. Strach narastał, było to tak cholernie nieprawidłowe posunięcie, ze cięzko mi było przejsć nad tym do porzadku dziennego, strach się rozrastał i zatruwał cały organizm. Jedynym wyjsciem było dokładne odtworzenie sytuacji sprzed chwili i ponowne przewrócenie tej samej strony, tylko tym razem patrzac na inne - pozytywne zdjęcie. Zastanowiłem się przez chwilę, przesledziłem przyszłe ruchy, przypomniałem sobie, ze tak naprawdę to nic nie ma znaczenia i zaczałem. Cofnałem strony do punktu wyjscia i zaczałem jeszcze raz je przegladać, przy feralnej, jak gdyby nigdy nic zapatrzyłem się na ładne zdjęcie przedstawiajace palmowy południowy krajobraz, przerzuciłem kartkę, i jeszcze ogladałem dalej, by wszystko wypadło naturalnie. Niestety nie czułem się OK., w dalszym ciagu czegos mi brakowało, nie wykonałem zadania precyzyjnie, myslałem a stan niepewnosci się pogłębiał z kazdym przeczytanym słowem w magazynie. Wnet sobie przypomniałem, ze powtarzajac manewr nie miałem załozonej nogi na nogę, jak powinienem był mieć, najwidoczniej, w któryms miejscu ze strachu musiałem zmienić pozycję, ustawiajac nogi równolegle. Przeszedł mnie dreszcz przerazenia, sytuacja tym bardziej była nie pewna gdyz zaraz nadchodziła moja kolej.  Nie miałem wiele czasu Trzeba było się skoncentrować, działać szybko i pewnie, a musiałem: powiedzieć sobie OSTATNI RAZ , zawrócić do strony feralnej ( a nawet jedna czy dwie wczesniej, by wygladało naturalnie ) załozyć nogę na nogę  wyluzować się, przekręcić stronę, spojzeć na ładny obrazek, przerzucić dalej strony i  robić dalej co chcę. - Plan jest prosty tylko muszę obiecać sobie, ze będzie to OSTATNI RAZ nie będę tego powtarzał w kółko - powoli się nakręcałem - za dzisiejszy poranek, przeciez wiem, ze to jest niewazne, mówię ostatni raz i koniec, ostatnia szansa i koniec - myslałem. Zauwazyłem, ze fryzjerka kończy strzyc, teraz nadchodzi moja kolej, nie ma czasu, ona na mnie patrzy ! Mówię sobie w myslach : OSTATNI RAZ ! jestem wkurwiony ale trzeba ciagnać dalej, chociaz czuję, ze jest nie tak, nie wyjdzie mi, lecz zdesperowany  przerzucam strony, ustawiam nogę, patrzę na obrazek, w tym momencie słyszę miły głos : zapraszam pana, myslę o czyms nie wiem o czym chyba o gównie albo o tym, ze tej jebanej zezowatej kurwie za to miłe zapraszam wybiłbym wszystkie zęby kurwa! Kurwa! Kurwa! Szybko kończę przegladanie, odkładam pismo na mały stół. Wstaję napięty jak ostatni skurwysyn i siadam na fotelu, wkurwiony na siebie, ze gdzies wszystko spierdoliłem, cały swiat w tym momencie mi się zawalił.
- jak strzyzemy
- na krótko - chciałem - na łyso - ale chyba wstydziłem się powiedzieć.

Wracajac do domu miałem wrazenie, ze juz całkowicie straciłem kontrolę nad swoim ciałem, czułem się jakis brudny, nie poukładany, bezwładny i napięty zarazem, czułem, ze mam scisnięte gardło i płytki przerywany oddech, Najgorszy jednak był wszechobecny wizerunek tęgiej kobiety, zasłaniajacy mi niespełnione marzenie doskonałego swiata, jego będę musiał się pozbyć w pierwszej kolejnosci. Teraz wracałem do domu by przelezeć i czekać az najgorsza chandra minie, czas robi swoje. Zasada była taka, czekałem, robiac w tym czasie podstawowe rzeczy ( które nie były tak naprawdę moje, gdyz jeszcze nie zaczałem zyć ) nowe natręctwa przewijały się przez moja głowę, az któregos dnia suma nie pozytywnych i pozytywnych mysli równała się w przyblizeniu zero, badź ponad.  Był to czas kolejnego zrywu, dzień, kiedy wstanę rano odnowiony i rozpocznę szczęsliwe zycie.


Zastanawiałem się nad data, pierwszy lipca nadawał się doskonale -poczatek wakacji i nowy przełom, byłem tego pewien!  Oczywiscie nic z tego nie wyszło. Zaczęły się wakacje, lecz nie były to normalne wakacje. W czasie kiedy moi rówiesnicy czerpali z nich i ze swojej młodzieńczej głupoty jak najwięcej zabawy, ja zaszyłem się w głębinach mojej chorej wyobraźni, tworzacej zupełnie nowa religię.
Kolejne daty przełomowe ( 04.07 ,15.07, 21. 07, 01.08 ) tworzyłem z połaczenia pozytywnych dla mnie wydarzeń historyczno - kalendarzowych (np. : 21. 07 - ladowanie człowieka na księzycu ) z magia cyfr czy tez innymi prywatnymi , najczęsciej bajkowymi ich znaczeniami. Jezeli to nie wystarczało, uzywałem dni tygodnia we własnej intrygujacej interpretacji. Dobrymi na start, dla mnie, dniami były np.: piatek, sobota ( zawsze rano ) poniedziałek ( w końcu dzień pierwszy ) To jednak ulegało zmianie. Jakis czas później preferowałem wtorki, niedziele, jako dni przy których nikt by się mojej całkowitej odmiany nie spodziewał. W przypływach dobrego samopoczucia,( nie wiedziałem skad one się brały ) traktowałem dzień i czas jako cos co nie miało większego znaczenia ( to tego w końcu dazyłem, ze swoja filozofią) Wtedy dzień startu w nowe zycie był charakterystyczny tylko dlatego, ze nie był charakterystyczny. Równiez gdy byłem w dobrym nastroju wyznaczałem sobie daty, które najczęsciej miesciły się dokładnie w czasie tego nastroju i wraz z nim gasły. W ten oto sposób dwa zwyczajne miesiace zamieniły się w mistyczna drogę odnowienia, pełna dni swiętych, wzniosłych, które nazywałem dniami gniewu ( dies irae ) zamieniajacych się zaraz w dni stracone ( Diem perdidi ) tym samym zyskujac nowa tragiczna interpretację. Dumny ze swoich paro minutowych osiagnięć i podkurwiony przez nagłe nieoczekiwane upadki, które traktowałem jako błędy wymagajace szybkiej eliminacji brnałem głębiej w swiat chorego absurdu. Wymyslałem nowe zaklęcia i struktury pozwalajace osiagnać doskonałosć w jak najkrótszym czasie. Jednakze kazdy pomysł stwarzał tylko skrajna ripostę, co wzmagało napięcie i zmuszało mnie do przeanalizowania i poprawienia idei, która jeszcze szybciej ukazywała swa przeciwna stronę. Tym samym amplituda i stres rosły wykładniczo.

Rzeczy, które wykonywałem nie dokładnie powtarzałem i własciwie mogłem je powtarzać w nieskończonosć, gdyz zawsze gdzies wkradał się bład. Były to tak zwane natręctwa.  Układanie czegos w swiecie zewnętrznym i w głowie było robota bez końca. Dlatego zaczałem uzywać takich zaklęć jak: Ostatni raz - przed powtarzaniem czynnosci - później - myslałem  - będę wiedział, ze miałem ostatnia szansę i wykorzystałem ja w najlepszy sposób jaki mogłem, nawiasem mówiac były to moje pierwsze kroki w kierunku zagłębienia pojęcia determinizmu. Tymczasem takie OSTATNIE SZANSY równiez ciagnęły się w nieskończonosć, brakowały mi magicznych słów, wymyslałem nowe, badź powracałem do starych, tych sprawdzonych, tyle, ze teraz jeszcze silniejszych. Najczęsciej jedna nie precyzyjnie wykonana i powtarzana rzecz implikowała kolejne 2,3,4 powtarzane rzeczy tworzace po pewnym czasie trudny do zapamiętania łańcuch zdarzeń. By dobrze wszystko zapamiętać zaczałem je zapisywać i przepisywać.   Bardzo często natręctwa blokowały mnie juz z samego rana, zanim jeszcze zdazyłem wyjsć z łózka. Tak własnie wygladał poranek pierwszego października,  miał to być dzień przełomowy...

Lezałem  w swoim łózku, na lewym boku z podkulonymi nogami, przescieradło pode mna było mokre od potu, czułem jak jego kropelki sciekaja po moim ciele, po jego prawej zimnej częsci i lewej goracej. Lezałem nieruchomo ze wzrokiem zawieszonym w próznej przestrzeni, lekko odrętwiały, z wyschniętymi 
zacisniętymi ustami. Starałem się rytmicznie przełykać slinę, przełykałem co trzy oddechy ( dokładnie przy trzecim wydechu ) Znowu, przy trzecim przełknięciu sliny ( przy dziewiatym wydechu) oblizywałem wargi i tak w kółko. Patrzac na to z dystansu przypomina mi to budowę Boskiej Komedii z jej magiczna rola liczby - trzy. Obudziłem się jakies dwie godziny temu, choć tak naprawdę od kilkudziesięciu minut juz sniłem na jawie, pozostałoscia snu było harmonijne powtarzanie słów : zeby jak , zeby tak , zeby jak , zeby nie. W rytm tych słów poruszałem na przemian palcami - wskazujacym i srodkowym - lewej ręki, która trzymałem pod poduszka. Prawa rękę trzymałem między kolanami. Chodziło o to by palce poruszały się do siebie równolegle, wydajac przy tym miły mechaniczny odgłos. Odległosć między palcami powinna być optymalna, gdyz ciasne przesuwanie stwarzało dźwięk niewygodny i zakrzywiało tor ruchu. Za duza odległosć powodowała to, ze zupełnie nie czułem ruchu, który był w tym wypadku zapewne ukosny. Palce winny chodzić jak maszyna, przy lekkim tarciu, stosownej odległosci i rytmicznym dźwięku - tuk, tuk, tuk, tuk, tuk, tuk a ja wtedy myslałem : ze by jak, ze by tak. Najgorsze było to, ze nie byłem w stanie tej czynnosci wykonać perfekcyjnie i jej zakończyć. Zdenerwowany zaczałem sobie powtarzać w duchu : Ostatnia szansa, co ja kurwa wyprawiam? Jestem twardy jak Bruce Willis, to nie ma sensu, nie będę tu lezał w nieskończonosć, koniec, ostatni raz!” Powtórzyłem natręctwo i oblizałem spierzchnięte wargi, przypadkowo pomyslałem o swojej babci. Trochę podkurwiony, bo nie tak sobie to wszystko wyobrazałem podniosłem się i właczyłem telewizor. Automatycznie przerzucałem kanały, myslami będac jednak zupełnie gdzie indziej, coraz gorzej się czułem. Fakt, ze juz nigdy nie będę mógł poprawić dzisiejszego błędu doprowadzał mnie do furii. Myslałem tylko o tym, ze chciałem oblizać wargi i widziałem wizerunek babci - to jak lizać babcię - myslałem przestraszony, kompleks Edypa w najgorszym wydaniu, a teraz jeszcze myslę o tym i ogladam telewizję. Za kazdym razem gdy będę ogladał telewizję pomyslę o lizaniu swojej babci! To było nie do wytrzymania, musiałem to zdarzenie wyczyscić, powtórzyć wszystko od poczatku, czyli: połozyć się na lewym boku, włozyć lewa rękę pod poduszkę, zgiać się lekko w pół, druga rękę włozyć między kolana, zamknać oczy, jeszcze poprawić przescieradło i kołdrę, by wygladały tak jak poprzednio, wyluzować się, powiedzieć sobie ostatni raz, i: rytmicznie ruszać palcami i mysleć ( ze-by-jak-ze-by-tak..) pomysleć o czyms pozytywnym przełknać slinę i oblizać wargi, podniesć się, właczyć telewizor i myslac o czyms przyjemnym zaczać przełaczać kanały, potem moga robić co chcę! Wizja ta mnie zarazem uspokoiła jak i przeraziła, gdyz wymagało to wszystko wielkiej koncentracji. Denerwowałem się dodatkowo faktem, iz powtarzam to po raz koleiny mimo tego, ze obiecałem sobie tego nie robić. Połozyłem się, starajac się jak najdokładniej przyjać pozycję sprzed dwudziestu minut, samo układanie się zajęło kolejne dwadziescia. By uniknać kolejnych natręctw, nie ruszałem się, myslałem tylko pozytywnie, oddychałem i przełykałem slinę systemem trójkowym. Zdazyłem się przy tym mocno spocić. Usłyszałem teraz poruszenie w pozostałym pomieszczeniach domu. Nie dobrze, znaczyło to, ze wstali moja mama i brat, a to oznaczało, ze przez hałas cięzej będzie mi się skoncentrować. Znowu przy przełykaniu i zwilzaniu warg pomyslałem o rodzinie, czyli przed rozpoczęciem znanego szeregu, musiałem powtórzyć jeszcze serię ( przynajmniej ) dziewięciu oddechów. Pocieszałem się tym, ze hasło OSTATNI RAZ nie jest jeszcze spalone, w końcu powtarzałem teraz cos innego niz na poczatku, fakt, ze zawiera się w tym poprzednia seria nie ma znaczenia, bo przeciez jest to jednak cos zupełnie innego, to z kolei uswiadamiało mnie w fakcie, iz rzeczy, które powtarzam równiez zawsze sa inne, czyli nic nie powtarzam! Tej mysli nie dopuszczałem do głowy.  Przestraszyłem się, musiałem to teraz powtórzyć naprawdę ostatni raz! Bałem się zaczać i bałem się skończyć, przestawałem ufać sobie, chciało mi strasznie sikać, lecz nie mogłem się ruszać by pozostać w pozycji wyjsciowej, odrętwiała ręka na razie przestała mnie boleć, takze miałem jeszcze trochę czasu, prócz tego wszystkiego byłem głodny. Katem oka, naginajac bolesnie białka oczu spojrzałem na zegarek, dochodziła dziesiata ( obudziłem się przed siódma ) Czyli juz trzy godziny, nalezało bezzwłocznie zaczać działać. Do szeregu natręctw doszło prawidłowe spojrzenie na zegarek. Zaczynałem się gotować, myslac panicznie nad czyms co da mi motywację  i siłę do podjęcia bezwzględnie ostatniej próby i zakończenia bezsensownych działań, a muszę się przyznać, ze byłem juz wtedy na takim etapie, gdzie zrobił bym niemal wszystko, by dopiać swego w dokańczaniu  chorego dzieła. Zawołałem na pomoc swego dziesięcioletniego brata. Nie ruszajac się z miejsca, podnoszac tylko swiecaca od potu głowę, poprosiłem go by przyszedł do tego pokoju za piętnascie minut, otworzył stanowczo drzwi i powiedział - koniec. Obmysliłem sobie, ze w tym czasie zdazę powtórzyć cała serię, a dodatkowa mobilizacja będzie swiadomosć, iz robię to naprawdę ostatni raz i bez względu na wynik  zostanie mi to przypomniane przez mojego brata. Otóz mam swoja OSTATNIA SZANSĘ, znowu dumny i pewny oswiadczyłem dziesięciolatkowi: Ja - Veinar Gold obiecuję, ze wykonuję te głupoty po raz ostatni, obiecuję , rozumiesz!, przyjdź koniecznie za piętnascie minut i mi to przypomnij, koniecznie! Pamiętaj, obiecuję Ci to!  Koniec! Ostatni raz!  Brat widzac, ze jestem chory i go bardzo proszę oczywiscie się zgodził. W  tym momencie zaczęło się niezłe przedstawienie, powiedziałem sobie: OSTATNIA SZANSA i zaczałem patrzeć na zegarek, potem powiedziałem sobie OSTATNIA SZANSA  i zaczałem rytmicznie oddychać, niestety na tym się zatrzymałem bo do umysłu naprawdę wkradły mi się czarne mysli, zdesperowany posuwałem się dalej ruszałem rytmicznie palcami, lecz wszystko nie tak, nie tak ! nie wytrzymywałem napięcia, grzęzłem w coraz większym gównie. Szybko zawołałem mego sprzymierzeńca i twardo zapytałem ( tak, ze niby go sprawdzam ) - za ile minut miałes przyjsć ?!
- za piętnascie  - odpowiedział trochę zdziwiony
- dobrze! A ile teraz zostało? Poleciał szybko do drugiego pokoju, by spojrzeć na zegarek, ja tez spojrzałem - pięć minut, przyleciał z powrotem - cztery minuty!
- dobrze! - powiedziałem - spisujesz się swietnie, a teraz słuchaj bo mam WIELKA do ciebie prosbę, chciałbym zebys teraz, od tego momentu, a jest teraz godzina dziesiata, przeczekał jeszcze dwadziescia minut ( w tym momencie chciał cos powiedzieć, więc ja szybko podniosłem głos i stanowczo ciagnałem dalej, nie pozwalajac mu przerywać ) dwadziescia minut! i godzinie dziesiatej czterdziesci wszedł do mojego pokoju i bez względu na to co będę mówił szybko sciagnał ze mnie kołdrę. Widzac w jego oczach zdezorientowanie zaczałem powaznie mu tłumaczyć, ze jestem chory i ze bardzo potrzebuję jego pomocy i obiecałem mu, ze nie będę go juz więcej wołał i zeby na moje wołanie nie przychodził tylko koniecznie przyszedł za te dwadziescia minut i stanowczo ze mnie sciagnał kołdrę. Następnie znowu mu obiecałem, powołujac się na siebie, rodzinę, Boga, ze powtarzam te natręctwa ostatni raz i bez względu na wynik to będzie koniec! Bo to jest bezsensu, to nie ma sensu i tylko daję sobie ostatnia szansę i KONIEC.
Wyobraźcie sobie jak się musiał zdziwić mój brat gdy o dziesiatej czterdziesci wszedł do pokoju, i zobaczył mnie lezacego wciaz w tej samej pozycji, wrzeszczacego histerycznie by nie ruszał kołdry, by dał mi jeszcze dziesięć minut, by się nawet nie zblizał bo go pobiję. Wtedy on chcac wykonać to o co prosiłem podchodzi do mnie, chcę zdjać ze mnie kołdrę, ja widzę, ze nic nie pomoga słowa i wrzeszczenie, więc zaczynam bronić kołdry przemoca, drę się przy tym na niego jak opętany, on ucieka przerazony, do tego wszystkiego wtraca się mama, zaczyna na mnie krzyczeć, bym dał spokój bratu bym wział się w garsć i wstawał na sniadanie...ja tylko przytakuje

Zostałem znowu sam, starałem się jak najmniej ruszać by łózko pozostało ułozone tak jak wczesniej, bym mógł dokończyć te cholerne natręctwa. Musiałem jednak wstać do kibla, bo mój pęcherz juz nie wytrzymywał, zrobiło mi się trochę lepiej, szybko wróciłem do łózka i z nowa motywacja zabrałem się do przygotowania pozycji wyjsciowej...Wieczorem zdazyłem cos zjesć, by za chwilę ponownie się zablokować - w łazience. Moczyłem się tam ze trzy godziny powtarzajac, między innymi, czynnosć brania zimnego prysznicu. Po tym wszystkim dostałem goraczki. Powoli zaczynałem zdawać sobie sprawę z  krytycznego stanu w jakim się znajdowałem, nie mogłem juz nie mysleć, nie mogłem zasnać, gdyz nie potrafiłem przestać, bałem się przestać, kontrolować mysli.

Rodzice zabrali mnie do szpitala, gdzie dostałem tabletkę na sen, jednak tabletka nie jest w stanie pomóc komus kto tak naprawdę nie chce zasnać, dlatego tez zjadłem ja, a następnie twardo przesiedziałem kolejna noc układajac mysli. Po trzeciej nie przespanej nocy pojechałem do szpitala psychiatrycznego bo zostać tam na stałe. W mojej głowie zrodziło się przekonanie, iz bez lekarstw sobie nie poradzę. Plan miałem następujacy : jestem w szpitalu po to by brać leki, które mnie uspokoja do tego stopnia bym mógł bez problemu uporzadkować swoje mysli i zaczać wreszcie doskonałe zycie, to prawdziwe. Datę przełomu zaplanowałem na poczatek listopada ( z poslizgiem do grudnia ).  


1 komentarz: